Starocie (VI): Nihilizm w obronie sensu

Nie chciałbym na moim skromnym blogu propagować gęby pewnego nihilisty z miasta Lublina, ale jedną ze swoich wypowiedzi naprowadza na ciekawe i społecznie istotne tropy. Otóż, człek ten miał stwierdzić, że mijający rok 2010 ma swoje zasługi w przerwaniu niekorzystnych (jego zdaniem) tendencji politycznych, które kształtowały nasze życie społeczne przez ostatnich kilka lat (katastrofa smoleńska = kres polityki historycznej prezydenta). Dodając, że po cichu liczy na pełną pulę przed końcem roku (ostateczne rozwiązanie kwestii drugiego bliźniaka = koniec projektu politycznego o nazwie Prawo i Sprawiedliwość). Nie zatrzymując się nad drugą częścią tego marzenia i zatykając nos w obronie przed knajackim smrodem całego rozumowania, chciałbym przemyśleć ważną sprawę rzeczywistego końca postsolidarnościowej polityki historycznej (bez palikotowej afirmacji), z chłodnym dystansem i swoiście rozumianym nihilizmem.

Kilka wydarzeń z roku 2010 pozwala stwierdzić, że projekt związany z odtworzeniem patriotycznej tożsamości Polaków i budową, wokół haseł patriotyzmu, honoru, pamięci o dawnych bohaterach, wspólnoty politycznej, skończył się a właściwe eksplodował z bezgłośnym hukiem. Polityka historyczna (dalej: p. h.), mająca być narzędziem przypominania o wspólnocie, dobru wspólnym i szlachetnych postawach z przeszłości, stała się samo-nakręcającą machiną absurdu i śmieszności. Całościowe zwycięstwo Platformy Obywatelskiej oznacza wybór lekkiej, telenowelowej narracji, z bitą śmietaną w różowej oprawie, w odniesieniu do spraw historycznych. Ściśle łączy się to z dekapitacją pisowskiej strategii rozliczania agentów, lustracji, dekomunizacji, wskazywania na zbrodnie systemu i na wiele lata zamyka ten sposób dyskusji/działania instytucjonalnego. Czyli mamy z jednej strony koniec twardej, czarno – białej polityki pamięci i rozliczania oraz tryumf marketingowo – softhistorycznej strategii PO. Wymuszonej jedność rocznicowych koncertów gwiazdek pop, masowych imprezek ku czci, poklepywania po plecach i „trzymanych za mordę” spotkań polityków, decydentów i autorytetów. Oznacza to, więc zwycięstwo platformerskiej strategii roztapiania mocnych tożsamości i nie nachalnego wpływu na pamięć, ale paradoksalnie od razu widać w tym znamiona porażki. Polityka historyczna staje się w takim ujęciu powierzchownym, popkulturowym gadżetem, który niczym nadmiar cukierków czy waty cukrowej, budzi niesmak i odruchy wymiotne. Zatraca się jej pierwotny sens, nawet ten zgodny z kampanią propagandową PO. Polityka historyczna w wersji pop, przekształca się w sam pop. Konsekwencje śmierci prezydenta Kaczyńskiego, w osobie którego p. h. znalazła swój najbardziej szlachetny, godny wymiar (aczkolwiek nie bez wątpliwych akcentów) i który był jej najwierniejszym przedstawicielem, nie wymagają chyba szerszego wytłumaczenia.

Ostatnim przyczynkiem do głośnego ogłoszenia końca są obchody rocznicy podpisania porozumień gdańskich i powstania Solidarności. Dla osoby, która poważnie traktuje hasła samoorganizacji społecznej, upodmiotowienia pracowników, powstającej oddolnie wspólnoty celów, dążeń i marzeń, gdzie autentycznie i twórczo ścierają się pomysły na ich realizację, te dziwne obchody budzą skojarzenia z cynicznym i wymuszonym świętowaniem urodzin meczącego, drażniącego staruszka. To właściwie jakiś głupawy taniec nad cuchnącym truchłem. Za sprawy, w które mało kto wierzy lub których realny wymiar stanowi tylko niepotrzebny balast, dlatego wybiera się ich mityczny obraz. Rozumiem, że wzywanie do solidarności, jedności, wychwalanie uzyskanej wolności oraz z drugiej strony, obrona godności robotników i ich odwagi ma swój sens, ale nie w sytuacji, gdy stanowi odzwierciedlenie zupełnie innych podziałów i politycznych sporów, tak naprawdę drugorzędnych. Co w konsekwencji oddala nas od pierwotnych założeń i rozmywa całą sprawę. Ostatnie ekscesy w gdyńskiej hali są i tak lepsze od tego, z czym mieliśmy do czynienia w ostatnich latach. Uroczystości te miały charakter wielkopańskich rautów czy towarzyskich spędów i były mocniejszym policzkiem dla pamięci i godności szarego robotnika czy zafascynowanego „S” obywatela niż wygwizdanie (niechętnego przecież związkom zawodowym) premiera Tuska. Z tymi uroczystościami jest trochę jak z „idealną” rodziną, ukrywającą skrzętnie tajemnice i ciemne sprawki, które wypływają w czasie wielkiej rodzinnej imprezy i mrożą wszystkim krew w żyłach. I potem nic już nie jest takie same. W odniesieniu do świętowania rocznicy „S” można się tylko z tego cieszyć.

Jak na to wszystko reagować? Proponowałbym oddać przyszłe uroczystości Lechowi Wałęsie, państwu Kwaśniewskim, Platformie Obywatelskiej z przystawkami w osobach Balcerowicza, Kuczyńskiego oraz na deser Krytyce Politycznej, która budowałaby socjalne skrzydło takie ruchu i zarządzała lokalami rozrywkowymi na terenie stoczni, gdzie młodzież mieszczańską przenikną ideały Sierpnia i wódka. Solidarność współczesna powinna przedefiniować ogólnoeuropejską narrację historyczna i głosić, że „S” przegrała, poniosła klęskę i zawiodła, ale w 1980 roku antycypowała upadek projektu socjalnego, czyli stanowiła radykalną odpowiedź na przemiany społeczno – ekonomiczne i szok transformacji po 1989 roku. Spójrzmy szerzej na problematykę p. h., czyli tego nieubłaganego dążenia polskiej centroprawicy solidarnościowej do wprzęgnięcia błyskotek nowoczesności do poskładania polskiej tożsamości post-pzprowskiej. Skończyło się na głupawych, prościutkich jak z elementarza serialach historycznych, absurdalnych rekonstrukcjach historycznych, głupawych piosenkach (szczytem jest metalowa pieśń ku czci dzielnych chłopców i dziewcząt z Powstania). Cenicie edukacyjną wartość i znaczenie rekonstrukcji? Dlaczego w takim razie, podczas odtworzenia bitwy warszawskiej dzielni ułani i piechota (w 1920 r. walczący z „czerwoną zarazą”) nie uderzyli na stojących pod Pałacem Prezydenckim antyklerykałów? To byłby wspaniały przykład żywego zainteresowania historią i wyraz narodowego Ducha. Polityka historyczna zapętliła się w sprzecznościach i za cenę politycznej skuteczności, propagandowej roli wyborczej czy hegemonii kulturalnej utraciła swoją szlachetność i czystość intencji.

Mieliśmy troszkę nihilizmu, pochwały negatywności, wyszydzania poniżonych i plucia na poniżających, a zwłaszcza całą masę wkurwienia na rzeczywistość. A gdzie w tym wszystkim sens? Już sama niezgoda, niechęć może prowadzić do pewnego przełamania niemocy i skuteczniejszego poszukiwania rozwiązań, oczywiście bez mazgajowatego moralizowania i utwierdzania się we własnej szlachetności czy wyższości. Może musimy postępować jak tonący, który utracił już wszelką nadzieję, czyli wyciągnąć ręce i czekać na pomoc drugiego człowieka. I w najgorszym układzie pójść na dno.

Tekst opublikowany w 2010 roku na blogu Autora w serwisie Salon24

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *