Starocie(II): Tytusa de Zoo realizm odwagi, część druga

Nie byłbym sobą gdybym nie rozpoczął od kilku bluźnierstw. Ktoś przecież musi trzymać lejce, szeregi czytelników mają pozostać zwarte, a prawo do swobodnie kształtowanej wizji artykułu nie jest z tego co wiem zagwarantowane żadną międzynarodową konwencją czy innym traktatem. Niech więc motto tego tekstu stanowi opinia Karola Irzykowskiego na temat polemicznych talentów Antoniego Słonimskiego: „Ja mu proponuję partię szachów, a on zrzuca figury i majchrem we mnie”. Pamiętaj więc Czytelniku o majchrze za pazuchą i o tym, kto pociąg za sznurki w tej krótkiej narracji. Nie chcąc jednak być odebrany jako odpychający gbur, wywołujący stany lękowe zaznaczam, że wszystko to są kawiarniane igraszki i niewinne, papierowe prztyczki w nos. Czyli, znowu muszę oddać głos Irzykowskiemu, „marzenia skazanej na bezczynność nahajki”. Chodzi mi jednak na serio o wytrącenie czytelnika z błogiego komfortu „zaboboństwa”, każącego podkreślać na każdym kroku samodzielność czy też możliwość wolnomyślicielskiego namysłu podmiotu w procesie lektury. Po drugie, idzie o wywołanie uczucia duszącego niepokoju, które zwiększy prawdopodobieństwo, że praca piszącego te słowa nie pójdzie na marne. Nawet jeżeli, poza wszystkim innym, marność nad marnościami i wszystko, a ten tekst w szczególności, marność.

Wychodząc z jedynie słusznych założeń, stanowiących podstawę socjalizacji komiksowych bohaterów, zmuszony jestem traktować czytelnika (niezależnie czy jest tylko czytelnikiem bloga, czy dodatkowo jeszcze „czytaczem” historii obrazkowych) niczym ograniczonego wiejskiego głupka, bądź w łagodnej wersji, jak zagubione we mgle dziecko. Idiotę nie w odniesieniu do umysłowego potencjału, ale raczej zwykłej czytelniczej rzetelności, wierności zasadom starej szkoły czytania tekstów od pierwszego do ostatniego zdania. Współcześnie klikanie znacznika „lubię to” znajduje wielu gorliwych wyznawców, a pokusa dzielenia się nawet niedoczytanym fragmentem jest tak wielka, że łamie charaktery i skłania do upadlającego rozchylania nóg. Walka ze zniecierpliwieniem internauty (być może o seksualnym podłożu – rozbiegany wzrok, szybkie ruchy myszką itp.), stanowiącym największe zagrożenie dla sieciowej twórczości, wymaga środków ekstraordynaryjnych. Konieczne jest zatem uzupełnienie wcześniejszych założeń i skreślenie (nerwowym, zamaszystym gestem) ram dla drugiej części tekstu o Tytusie oraz trzymanie Czytelnika sztywno za mordę (po „faszystowsku”) i walenie na odlew (z „mołojecko-bolszewicką” fantazją), bez nadstawienia drugiego policzka.

Na potrzeby niniejszego artykuliku przyjmuję ewolucjonistyczną interpretację pochodzenia TdZ, oczywiście z wszelkimi wiążącym się z tym zagrożeniami i potencjalnymi oskarżeniami. Wybieram światopogląd ściśle naukowy, scjentystyczny, w którym szkiełko i oko sąsiaduje z radziecką astronautką Łajką i cyrklem do mierzenia średnicy czaszek. Tak proszę państwa, Tytus pochodzi od małpy. Nie chcę w tym miejscu zanudzać szczegółami teorii naukowych dotyczącymi ewolucji praprzodków TdZ, bo i żaden naukowców nie dokonał odkryć na miarę tych ze schroniska skalnego Cro-Magnon czy jaskini Lascaux. Jedyne świadectwa znajdują się w posiadaniu Moskiewskiego Instytutu Paleontologicznego, którego przedstawiciele odkryli na wyspach trapezfikańskich szczątki samca i kilka przedmiotów codziennego użytku (w sumie: kawałek czaski, ząb, proste narzędzia z drewna i krzemienia). Badania wykazały, że jest to przedstawiciel kultury staromałpiej z okresu późnego paleolitu (informował o tym „Sztandar Młodych” w 1957 r., a rzeczony praprzodek został nazwany „Dużusiem”). Odrzucam zatem kreacjonistyczne iluzje, szukające źródeł pochodzenia TdZ we wszechmogącej osobie Papcia Chmiela. Zgodnie z tymi przekazami nieostrożny autor – bóg kreator miał rozlać w swojej pracowni atrament, a kleks powstały na podłodze okazać się na tyle inspirujący, że skłonił rysownika do stworzenia istoty człekopodobnej. I tak się zaczęło – od fikania kozłów, gryzienia, demolki w pracowni Papcia oraz eksplozji nieustabilizowanej osobowości małpki. Tyle mówi legenda.

Muszę mimo wszystko zaznaczyć, że nie jest mi bliska radykalnie laicka optyka. W jej wersji bojowej, wrogiej religijnym interpretacjom. Z życzliwością traktuję osoby wierzące w fantastyczno – epifaniczne historyjki czy też np. panteistów dostrzegających boski wymiar ewolucji biologicznej, w tym gatunku do którego należy TdZ. W podobny sposób patrzę na opartą o ponadnaturalny fundament wiarę w boski porządek wszechświata, której wytworem są różnorodne, gusła, zaklęcia religijne i parareligijne, mniej lub bardziej zinstytucjonalizowane wspólnoty wyznawców („Z tuszuś powstał. W tusz się obrócisz. Nadaję Ci imię Tytus de Zoo”). Zwłaszcza jeżeli inspirują artystów do tworzenia dzieł genialnych, takich jak komiksy Chmielewskiego, o pięknej kresce i błyskotliwym, mądrym humorze.

Ponadto bliski jest mi pogląd uznający pierwotne dobro natury ludzkiej, w tym przypadku małpiej natury, co umożliwia użycie bez specjalnego zażenowania figury „dobrego, szlachetnego dzikusa”. Zwrot ten nie naprowadza już na tropy rasistowskie, wykluczające czy paternalistyczne, jak to bywało do tej pory. Ale po kolei. Nasz dzikus pochodzi z Trapezfiku, Tropikalnej Strefy Autonomicznej, która przepełniona jest zabawą, naturalną, spontaniczną egzystencją i plemienną wspólnotowością. Trapezfiku nie okryły nigdy mroki europejskiej kolonizacji. Jej brzegi ominęli  romantyczni podróżnicy, szukający nieznanych morskich przepraw, przesmyków i szlaków handlowych. Dzięki temu wyobcowaniu dziewicza ziemia nie spłynęła krwią pod ciosami bezwzględnych konkwistadorów, pozbawionych skrupułów wyrzutków społecznych, urzędniczo – wojskowych maruderów, brutalnych desperados czy, bardziej nam współczesnych, uśmiechniętych przedstawicieli globalnego konsorcjum zajmującego się gospodarczym uzależnieniem i neokolonialnym wyzyskiem. Małpka nie zaznała przykrości wysłuchiwania rozkazów białego człowieka i cierpkiego smaku śliny zmieszanej ze krwią w następstwie ćwiczenia batogiem przez strażników na plantacjach czy cyrkowców. Pozostała niewinna i prawdziwa, niczym czysta karta najbielszego pergaminu.

Wreszcie możemy bliżej przyjrzeć się tytułowemu realizmowi politycznemu i uwikłaniom związanym z historią społeczno – polityczną PRL – u, ale najpierw wyimek z powieści Henry’ego Millera, który ładnie zarysuje tło rozważań:

Wywodzi się z polskiego korytarza, podobnie jak Doner, Marc Chagall i wielu, wielu innych poetów, malarzy i myślicieli, którym oszczędzono knuta, rozpalonego żelaza, końskich kopyt i najrozmaitszych okaleczeń ciała i duszy, jakim ad nauseam oddają się w swym zapamiętaniu Słowianie” Henry Miller „Big Sur i pomarańcze Hieronima Boscha” (tłum. Robert Sudół)

Zacznijmy od makabrycznej wyliczanki. Świszczący knut, tętent kopyt dzikiej konnicy, zalewanie gardeł roztopionym żelazem, wycinanie, przycinanie, wyrywanie, pijacki odór czerwonego żołdactwa… Obrazy niczym z dziecięcego koszmaru małego patrioty, ale stanowiące przecież bolesną rzeczywistość całych pokoleń Polaków, Kresowiaków czy, jak najtrafniej zauważył Miller, ogółu Słowian. Nie chcę powiedzieć, że słowiańskie masakry różnią się zasadniczo (jakościowo) od tych w innych regionach Europy czy świata, a reprezentanci Afryki, Azji czy Ameryki nie urządzają spektakularnych rzezi pod płaszczykiem jakiejś ogłupiającej ideologii czy zwykłej walki o władzę, ale nasze lokalne dintojry, zwłaszcza w kontekście uczłowieczania człekokształtnych bohaterów komiksu, warte są szczególnego zastanowienia.

Bardziej subtelni czytelnicy, a już na pewno Ci, którzy określają się jako pogrobowcy słowianofilstwa (zarówno wielkoruscy nacjonaliści wierni zasadzie „prawosławie, samodzierżawie, ludowość”, jak i klasyczni – zainteresowani bardziej kulturą niż marzeniami o mrocznym imperium), mogą mi zarzucić operowanie topornymi stereotypami na temat przypisanej do Wschodu krwiożerczości i przyzwyczajeniu do batoga czy niedostrzeganie potencjału tkwiącego w odrębnej drodze cywilizacyjnego rozwoju i w niechęci do okcydentalizacji. Może faktycznie upraszczam i nachalnie odwołuję się do głęboko zakorzenionej wizji Rosjan jako wyzbytych instynktu wolności, samodzielności oraz brutalnej, przeżartej korupcją, „postfeudalnej” władzy rosyjskiej. Ale mówiąc szczerze – prostacki nihilizmu i ekstremalne barbarzyństwo, których woń idzie ze Wschodu, ma specyficzny urok – a próba zmierzenia się z tym stereotypem stanowi ciekawą intelektualną wprawkę. Zwłaszcza, że to co napisałem nie jest bardzo dalekie od prawdy historycznej, co celnie i skrótowo oddaje cytat z książki Mirosława Ustrzyckiego „Ziemianie na Kresach 1863-1914”: „(…) tam w kulcie religijnym bojaźń cara jest większa od bojaźni Boga, godność człowieka mniejsza od godności czynu, tam urzędowe kłamstwo gospodaruje nie tylko w polityce, lecz i w historyi, krzewiąc pojęcia i trzymając w błędzie całe pokolenia”. Weźmy jeszcze jako przykład charakterystykę bohatera rewolucji bolszewickiej, później diabolicznego przywódcę sowieckiego imperium, której dokonuje Curzio Malaparte w swoim konspiracyjnym skrypcie „Zamach stanu”: „Nie można powiedzieć jakoby było on człowiekiem oświeconym (…) Stalin jest barbarzyńcą w leninowskim tego słowa znaczeniu, to znaczy, jest wrogiem kultury, psychologii i moralności Zachodu. Jego mądrość jest zupełnie instynktowna i namacalna, to mądrość pierwotna, bez uprzedzeń kulturalnych i moralnych”. W ten sposób powstało monstrum, które zafascynowało połowę ludzkości, a druga połowę przeraziło. O racjonalności władzy opartej na światopoglądzie turańskim, dzikości hordy pierwotnej, „subtelności” Czyngis-chana połączonych z decyzjonizmem zarządcy kołchozu i nowoczesnymi środkami uśmiercania, mobilizacji oraz jakby nie patrzeć modernizacji (przysłowiowa elektryfikacja). Zaiste odrażający to bricloage. Dziwaczna, odrażająca hybryda, a właściwie bękart, w którym można rozpoznać kształty najbardziej oszalałego eurazjatyzmu, proletariackiego cezaryzmu stopione z lękami, wyrzekaniami, klątwami, złorzeczeniem ludzi znajdujących się w łapskach tego wschodniego Lewiatana. Senne marzenie imperialnego tradycjonalisty Aleksandra Dugina i pewnie czołówki współczesnych technologów władzy w Rosji oraz kolejne potwierdzenie przenikliwej intuicji H. Millera, który nigdy przecież nie miał empirycznego kontaktu z bolszewickim imperium. Innym powodem ulegania „mitowi złego Wschodu” może być forma i główny temat mojego tekściku. Piszę o Tytusie, bohaterze komiksu, dlatego z pokorą dostosowuję się do wymagań gatunku, wybierając skrótowość, wyraźną kreskę i mocny przekaz. Czyli powstały szkic staje się czymś w rodzaju komiksowego eseju, ale bez dymków.

Wróćmy do meritum. Oprócz cierpień fizycznych krwiożercze ideologie i skrajne namiętności barbarii przyniosły nowe kategorie tortur, które ze względu na nowoczesną formę i skalę intensywności, przerosły dawne „poczciwe” represje polityczne czy antypolski „Kulturkampf”. Należy tu wymienić manipulację pojęciami, terminami, każdym niemal sformułowaniem o najmniejszej nawet społecznej konotacji oraz intelektualny terror od szkół powszechnych po uniwersyteckie katedry i literackie knajpy. Dotyczy to okresu tuż po pierwszym uderzeniu, gdy każda władza stara się umocnić swoje panowanie, a zwłaszcza władza ubrana w bolszewicki uniform. W tym miejscu czynniki kulturowo – obyczajowe w jakimś diabelskim („wężowym”) uścisku splatają się z fizyczną eksterminacją i materialnym niedostatkiem, które razem mają ostatecznie przełamać kark reakcji. Koncepcja permanentnej rewolucji Wacława Machajskiego jest pieczołowicie wcielana w życie (sic!) przez Dzierżyńskiego et consortes, a marksistowski determinizm towarzyszy słowom Maksyma Gorkiego o naturalnej (samoistnej) eksterminacji „na wpół dzikich, głupich i ociężałych mieszkańców rosyjskich siół i wsi”, których „miejsce zajmie nowy rodzaj ludzi wykształconych, mądrych i krzepkich”.

Do tego dochodzi odbieranie resztek godności i poczucia dumy z przynależności do własnego narodu, klasy społecznej czy kręgu kulturowego oraz charakterystyczną dla bolszewickiego zamordyzmu konieczność uczestnictwa, wykazywania się, zaangażowania, czyli jednym słowem aktywność w nowych, rewolucyjnych realiach. Tym bardziej uciążliwą, bo wywołującą poczucie rozpaczliwego absurdu codziennej egzystencji. A to ze względu na ponadprzeciętny poziom hipokryzji, „dwójmyślenia” i konieczności szczerego udawania. Przenikliwe wyjaśnił ten psychologiczny mechanizm Józef Mackiewicz w powieści „Droga Donikąd”. Zwykły człowiek zmuszany jest do uczestniczenia w wątpliwej jakości imprezach (rocznicach rewolucji, urodzinach działaczy, „stachanowskich” mityngach), które biorąc pod uwagę ludzki rozsądek należy uznać za idiotyczne, a w  okolicznościach przedrewolucyjnych zostałyby wyśmiane i odrzucone jako wymysł wariata. Ale właśnie to nagromadzenie dziwacznych obowiązków, które nakłada kolektyw, w połączeniu ze ściśle zoologiczną opresją redukuje wolę oporu niemal do zera.

Tekst opublikowany pierwotnie na blogu Autora w serwisie Salon24.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *