Starocie (I): Tytusa de Zoo realizm odwagi, część pierwsza

 

Czasami ma wrażenie, że jedynymi rzeczami jakich nam w życiu nigdy nie zabraknie są obsesje i wspomnienia. Zdrowie, uroda, umysłowa sprawność degenerują się i zanikają pod nieubłaganym naciskiem czasu, ale te dwie przypadłości (?) będą nam raczej wiernie towarzyszyć do samego końca. Dotyczy to zarówno pamięci indywidualnej jaki i tej zbiorowej, choć warto pamiętać (sic!), że obie dość mocno się przenikają, stapiając w jeden twór (zwłaszcza dotyczy to państwowych kultów historycznych i polityki historycznej). W skrajnych przypadkach prowadząc do orwellowskiego piekła totalitarnej walki z jakimkolwiek samodzielnym myśleniem. Oczywiście na różnych etapach naszego życia (życia społecznego i państwowego również)  funkcjonują z odmiennym nasileniem, ale chyba nie jesteśmy w stanie całkowicie unicestwić tego kołatania z tyłu głowy. Zwłaszcza jeżeli zawęzimy pole naszych obserwacji do spraw stricte politycznych (mam na myśli przywołaną już wcześniej politykę historyczną). Wtedy może okazać się, że jedynym prawem, zasadą działania oraz pożądanym i poszukiwanym towarem na rynku idei są tutaj historyczna obsesja, bolesne rozdrapywanie ran z przeszłości (i sypanie do środka soli), biograficzna inwigilacja czy związana z nią manipulacja życiorysami. Na użytek panowania politycznego i kulturowego, w celu legitymizacji władzy bądź odsunięcia od tej władzy przeciwników ideowych czy jakichkolwiek innych.

Nie chcę oczywiście propagować jakiegoś totalnego ahistoryzmu czy negować prawa do wspominania, pamiętania i współczesnej interpretacji dziejów (a w konsekwencji automatycznego wybierania przyszłości). Czynienie tego w Polsce, która doświadczyła w XX wieku brutalnego oddechu historii, byłoby nierozsądnym odbieraniem interesujących środków analizy, narzędzi badawczych i przekreśleniem ważnego zbiorowego doświadczenia. Należy starannie oddzielić ziarno od plew. Czym innym jest namysł nad losem Polaków w ostatnich stu kilkudziesięciu latach, nad zwyczajnym ludzkim doświadczeniem, nad samotnością człowieka wciągniętego w wiry historii i polityki, a czym innym zbiorowa mitologizacja, partyjna lub środowiskowa propaganda historyczna czy „tabloidyzacja” pamięci. Ten szlachetny wymiar „pamiętania” zyskuje jeszcze na wartości, gdy połączymy historyczną analizę np. z teoriami peryferyjności, zależności, różnorodnych kulturowych odmienności, wykorzystując narzędzia z dziedziny stosunków międzynarodowych, geopolityki czy prawa międzynarodowego. Wtedy pamięć i przeszłość nie będą nas odurzać i ograniczać swobody dyskusji, uprawiania polityki i kształtowania współczesnej rzeczywistości.

O tych sprawach warto spokojnie pomyśleć. O szaleństwie wspominania oraz będących tego następstwem – „rocznicowej”, funeralnej, „lustracyjnej” histerii i politycznej obsesji strażników Pamięci. A podstawą będzie pamięć o PRL-u, antyprlowska (zaznaczam, że nie zamierzam stawać w obronie rzeczywistość lat 1945-1989) polityka historyczna współczesnego mainstrim’u politycznego, realizm polityczny i przygody ulubionej małpy. Warto się przy okazji postarać o rozbrojenie wszelkich niesmacznych strategii manipulacji pamięcią, które odbierają nam przyjemność przeżywania polskości (i spierania się o nią) i uniemożliwiają zbudowanie sensownego państwa czy przestrzeni publicznej, gdzie nie byłoby wykluczonych, stygmatyzowanych wtórnych ofiar Historii.

Zacznę jednak od przyjęcia perspektywy indywidualnej, ściśle prywatnej i kilku zastrzeżeń. Człowiek na stare lata miewa zastanawiający zwyczaj przypominania sobie obrazków z dzieciństwa i odtwarzania najdziwniejszych sytuacji życiowych z okresu sielsko – anielsko – młodocianego. Wszelkie traumy zostawiając za sobą lub nadając im sentymentalno – prześmiewczy odcień bądź tworząc wizję arkadyjskiego dzieciństwa (pół biedy, jeżeli w najlepszej słodko – gorzkiej, czeskiej tradycji). Ostatnio dopadł mnie podobny nastrój, mimo iż zazwyczaj wszelki wspomnieniowy sentymentalizm jest mi obcy, podobnie jak zamęczanie czytelnika/słuchacza/rozmówcy pikantnymi szczegółami życia prywatnego, współżycia i ekscesów. A jeżeli już wracam do przeszłości to wolę koncentrować się na ciemnych stronach dzieciństwa i różnorodnych przykrościach, żeby tym skuteczniej zwalczać pokusę łatwego ekshibicjonizmu i utwierdzać się w tym (słusznym moim zdaniem) wyborze. Na marginesie warto dodać, że jeżeli towarzyszy takim wspominkom talent, literacka (gawędziarska) finezja, a odtwarzanie przeszłości uszlachetnia gorzka ironia, błyskotliwa puenta (a katalizatorem wspomnień jest jakieś dramatyczne wydarzenie, np. choroba psychiczna) to efektem może być dzieło tak genialne jak „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla. Choć w tym przypadku proszę nie spodziewać takich ekscytacji i uniesień (jestem w pełni poczytalny i psychicznie zdrowy).

Drugie zastrzeżenie dotyczy pomysłu na ten tekst. Profil mojej pisaniny jest wybitnie polityczny, nawet kultura jest tu traktowana z politycznej perspektywy (hegemonie kulturowe, rewolucje kulturalne i tym podobne przyjemności). Rodzi to konsekwencje zarówno w odniesieniu do tematyki, sposobu interpretowania rzeczywistości jaki i formy. W dodatku jest to polityka ponowoczesna, z ducha populistyczna i dumnie prowincjonalna (po-pgrowska), w tym sensie w jakim odrzucone zostają tutaj standardy uładzonej, politpoprawnej pisaniny z modnych portali i „alternatywnych” gazetek. Całość bywa chropawa i rzęzi. Dlatego nie wszyscy się w tym odnajdą. Zdaję sobie sprawę, że łączenie poważnych zagadnień politycznych i historycznych, jednego z ważniejszych tematów polskiej myśli politycznej od czasów zaborów, zawiłych i drażliwych wątków z dziejów PRL z przygodami komiksowego bohatera (który jest w dodatku małpą) może zostać uznane za co najmniej niepoprawne. Choć myślę, że znajdą się zdegenerowani czytelnicy, którzy z niecierpliwością (i tęsknotą) czekają na połączenie w jednym tekście człekokształtnej małpy, IPN-u, realizmu politycznego rodem z PRL i współczesnych uwikłań polityki polskiej. Bez oficjalnych, państwowych, narodowych, „postępowych”, „politycznopoprawncyh” klisz.

 

 

Tekst opublikowany pierwotnie na blogu Autora w serwisie Salon24.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *