Trzy cytaty (I). Styl i polityka

„Co do niżej podpisanego, zupełnie zgadzam się z Tobą, że próba połączenia kompozycji z pianistyką nieuchronnie prowadzi do dyletantyzmu. To mnie wcale nie zniechęca, przeciwnie. Wyraz „dyletant” był do stosunkowo niedawnych czasów komplementem, a żyjąc w epoce coraz ciaśniejszej, bardziej oschłej i przemądrzałej specjalizacji, widzę, że dziś już tylko dyletant może robić w sztuce to, na co ma ochotę. Tylko dyletant ma prawo pisać, co tylko przyjdzie mu do głowy, nie troszcząc się o to, czy to nowe, czy to dobre i czy to, używając ulubionego zwrotu Staszka, przetrwa, pisać z radością smarkacza budującego zamki na piasku. Za chwilę mu je ktoś rozdepcze, wiatr rozdmucha czy fala zaleje – ale on wróci do domu zadowolony i z apetytem zeżre kolacje”. Andrzej Czajkowski w liście do Zygmunta Mycielskiego, korespondencja opublikowana w Ruchu Muzycznym, nr 10/2014

 

„Konopnicka była chyba największą w naszej literaturze ofiarą zarówno biedy, która kazała jej zarabiać pisaniem patriotycznych szlagierów, jak też polskiego losu, który kazał poetom harować za polityków, księży i za wojsko. Mówię, że była ofiarą, bo była zmarnowanym talentem na miarę Czechowa w noweli. Mogła być w wierszach poetką, gdyby nie musiała udawać wciąż wieszczki, hetmanki; pouczać, zagrzewać i krzepić. Znalazłem dziś w jej tomie wiersz Ty gwiazdo wstrząsający świadomością, że zmarnowała w tej służbie narodowej siebie, że złamała ją praca na chleb. Takich rzeczy nie mówiło się wtedy łatwo. Fason kazał cierpieć i milczeć. Tym bardziej zadziwiające jest to wyznanie świetnej pisarki, która – gdyby nie polski los – mogłaby być wielką pisarką”. Jan Lechoń w Dzienniku, fragment wyszukał i uspołecznił kol. Łukasz Maślanka, redaktor Nowych Peryferii

 

„Wedle tej zasady powinno się formować każde dzieło i każdą społeczność. Próbując ją urzeczywistniać w słowie, w zdaniu, w feerii obrazów, którą przynosi dzień powszedni, zaprawiamy się w najwyższej dyscyplinie. Nieskazitelne zdanie daje przecież nie tylko przyjemność, lecz oddziałuje na dużo większą skalę. W takiej konstrukcji, nawet jeśli język się starzeje, żyje rozkład światła i cienia, najdelikatniejsza równowaga przenosząca się także na inne dziedziny. Ma ona w sobie siłę, dzięki której budowniczy nadaje pałacom kształt, sędzia rozważa ostatnie niuanse prawa i występku, chory w krytycznym momencie potrafi znaleźć bramę życia. Toteż zapis literacki pozostaje aktem wysokiego ryzyka, wymagającym skrupulatniejszego sprawdzenia i zastanowienia, aniżeli prowadzenie pułków do bitwy”. Ernst Jünger ze wstępu do Promieniowań,  w tłumaczeniu Wojciecha Kunickiego

 

Ostatnie jedzeniowo-językowe skandale na lewicy niezależnej pozwoliły mi uporządkować kilka zgrabnych cytatów pod wspólnym hasłem: styl i polityka. I nie chodzi w tym przypadku o kolejny dramatyczny apel polskich intelektualistów liberalnych niuchających z niesmakiem nad polskim społeczeństwem, albo o gromy rzucane na nieestetycznych populistów, względnie socjal-faszystów, którzy chcą reanimować Marksa do prowadzenia polityki klasowej (tylko solidarność i współ-odczuwanie, frajerzy). Nie chcę też komentować wybryków stylistycznych młodej artystki, której to berlińskie doznania smakowe, przyjemności jedzeniowe nie przełożyły się na przyjemności czytelników. Idzie mi raczej o samoograniczanie się piszących lub właśnie sprofilowane ideowo rozbuchanie, przytłoczenie obowiązkami względem klasy, masy, rewolucji, problem wewnętrznej wolności w procesie twórczym, że się tak bombastycznie wyrażę. Oczywiście znęcam się nad intelektualistami lewicowymi, pisarzami i pisarkami piszącymi na lewicowych łamach lub oddającymi się rewolucyjnej robocie we własnych dziełkach prozatorskich czy poetyckich, twórcami zaangażowanymi, na barkach których spoczywa los wykluczonego ludu, wyzyskiwanych społeczeństw, wykluczonych jednostek i biednych dziatek. Dość często fraza staje tym biedakom dęba, wierzga i umyka w cholerę. Nudzą i żenują swoimi wybrykami literackimi, a wzmożenie ideowe tylko im szkodzi, choć sami pewnie tego nie dostrzegają. A przecież kule i książki mają swoje losy, jak to ładnie ujął Jünger, rozwijając łacińską sentencję. Mogą przynieść okazały plon w lewackiej wysiłkach na tym społecznym ugorze. Zarówno kule jaki i książki, drogi rewolucjonisto/droga rewolucjonistko. Pracę literacką można wyzyskać i nie będzie to podporządkowanie rodem z jakiejś polityki kulturalnej dawnych satrapów w walonkach. Autor tego wpisu, okazjonalny lewicowy pismak, śmieje się i kpi z wierszy o Smoleńsku i wyzyskiwanych pracownicach supermarketów, ale odrzuca jednocześnie twierdzenia antypolityczncych wykwintnisiów twierdzących, że jakiekolwiek zaangażowanie zabija styl i ociera nas o wstrętną użytkowość i niemal propagandę. Głupie to i tandetne, jak pisał pewien krytyk literacki: trzeba czasami wsadzić długopis do gniazdka. Wydaje się, że nieskazitelna fraza rzeczywiście może działać na szeroką skalę i może odnieść polityczny skutek. Nie wiem, czy potrafi uderzać w sploty polityczno – ekonomiczne -kulturowe i niszczyć z rewolucyjną siłą zastane porządki, o czym marzą zapewne wszyscy marksiści, ale z pewnością daje więcej niż tylko szczeniacki samozachwyt twórcy nad swoją finezją. Dlatego przepisywanie i poprawianie, mimo iż jest okrutne, ma swoja wartość rewolucyjną, monotonna praca nad tekstem jest polityczna[1].

 

Drugim problemem jest właśnie to specyficzne partnerstwo publiczno-prywatne przeplatające się procesach politycznych i życiu społecznym. Hasło prywatne jest polityczne, które ma umożliwić siłom postępowym przemianę społeczną a przez siły reakcyjne jest wyklinane i odrzucane jako neo-totalitaryzm, ma swoje uzasadnienie teoretyczne i bywa dość użyteczne. Chciałbym jednak spojrzeć na sprawę z perspektywy lewicy reakcyjnej. Frazes wszystko jest polityczne, który jako postulat organizowania politycznego działania i teoretyczny chwyt, bywa lepiej lub gorzej wykorzystywany przez lewicę, można rozumieć też jako zawołanie zwycięzców w globalnej walce z autonomią i godnością jednostek i całych społeczeństw. Tryumfatorów, którzy pragną manipulować, gnębić i zniewalać w walce o władzę, albo kontrolować i utrzymywać władzę już raz zdobytą. Mogą to być kapitaliści z planami prywatyzacyjnymi, neo-imperialiści z bombami wymalowanymi w gołąbki pokoju, banksterzy z dywidendami, siły klerykalne marzące o panowaniu nad ciałami kobiet, macherzy od sprzedawania trendów i stylów życia pod płaszczykiem awangardowej kultury. Najczęściej są to ci, którzy głośno mówią o poszanowaniu wolności, prywatności, postulują prywatyzację doznań i doświadczeń, wskazują na indywidualizm i autonomię jednostki ludzkiej (i nie tylko). Prywatne ma być podporządkowane i zmobilizowane na użytek władzy politycznej, ekonomicznej, światopoglądowej, na różnych poziomach oczywiście, co jest przedstawiane jako możliwość samorealizacji, rozwoju, szczyt prywatnej samodzielności i obrona godności.

 

Jakie mogą być zatem te przestrzenie wolności, że użyję wyświechtanej formułki z kanonu aktualnej nowomowy, chroniące przed manipulacją i mobilizacją naszego życia w agresywnym i dążącym do totalnego zawłaszczenia świecie? Ciekawie pisze o tym Kinga Stańczuk w tekście  Trocki i orchidee, która zadaje nam kluczowe pytanie z punktu widzenia lewicy i lewicowej polityki kulturalnej: Czy Trocki byłby zadowolony z naszych estetycznych zachwytów nad drobiazgami i ściśle prywatnymi zainteresowaniami? W swoim imieniu mogę powiedzieć, że pisanie dla Nowych Peryferii daje pewną formę prywatnej wolności i przynosi zadowolenie, które pozwala w spokoju zeżreć kolację. Nawet ta publiczna misja, czyli to, co oddajemy proletariatowi i wyklętemu ludowi ziemi, presja pouczania, zagrzewania i krzepienia nieszczęśliwców, tak bardzo nie ciąży (casus nieszczęsnej Konopnickiej), bo pisze się z rzadka i hobbystycznie.

 

Hehehe.



[1] Nie dotyczy to tekstów umieszczanych na blogu, wybaczcie zatem błędny i mielizny stylistyczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *