Prolegomena do historii transformacji

Z uśmiechem i satysfakcją przeczytałem prehistoryczną rozmowę Jarosława Kurskiego ze Zbigniewem Siemiątkowskim („Nigdy nie byłem Wallenrodem”, Gazeta Wyborcza z 5 marca 1994 roku). Rozmowa ta cieszy w podwójny sposób. Po pierwsze, daje amunicję do nieustannej (i dość już zrytualizowanej) wojny z wszelką pseudo-lewicą. Oczywista sprawa. Po drugie, przywołuje czasy trudne dla post-pzprowskich ‘lewicowców’, kiedy jako beniaminkowie demokracji liberalnej (potrzeba uznania, legitymizacji i ‘bycia fajnym’, niczym wśród licealnej młodzieży) musieli wykazywać się gorliwością w przywiązaniu do nowych wartości. Stąd chwytające za serca wyznania o wspólnej pracy dla Polski dotychczasowych przeciwników, postulaty frontu modernizacyjnego, obrona restauracji kapitalizmu. Oczami wyobraźni widać już transparenty z hasłami o Polsce „ludzi mądrych, światłych odpowiedzialnych”.

Wypowiedzi Siemiątkowskiego konfrontują nas również z pewnym wyobrażeniem o politykach sldowskich, z pewnym typem działacza-biurokraty. Niektórzy z nich sprawiają wrażenie ludzi, którzy najlepiej odnajdują się w warunkach kuluarowych negocjacji, tworzenia struktur partyjnych i państwowych, miksowania procedurami. To jest właśnie stara szkoła polityków chowających niedopałki w kieszeniach marynarek, którzy zaspani zalewają po raz kolejny te same fusy i w ciągłym zwarciu walczą o jak najlepszą pozycję strategiczna dla partii-matki. Pewna schyłkowa formacja wyrosła z pewnej mutacji zamordystycznej lewicy, z tym trzeba żyć. Przy okazji potrafią w jednej wypowiedzi łączyć swoiste znawstwo tematu, błyskotliwość  z cynizmem i obłudą. Cenna umiejętność, choć w przypadku SLD należy już raczej do przeszłości. A tutaj konkretny przykład, zgrabnie i bez alienacji wyłożone zasady, założenia i praktyka transformacji ustrojowej i priorytety, jeśli chodzi o zaplecze i potencjalnych wyborców (dodajmy jednak, że rządy Kołodki przyniosły pewne ograniczenie największych ekonomicznych szaleństw okresu wczesnej transformacji, ale to już oddzielny temat; wypowiedź ZS mogła być również swoistą „mądrością etapu”):

– Gdyby cofnął się czas, jaką drogę by Pan wybrał: jeszcze raz – studenta wydziału nauk politycznych, działacza SZSP i członka PZPR czy może studenta historii i działacza SKS-u?
– Wybrałbym tę samą drogę, bo jedni i drudzy okazali się Polsce potrzebni.
– Czy i dzisiaj tak jest? Sporo się ostatnio mówi o przełamywaniu podziałów, wyciąganiu ręki… Aleksander Kwaśniewski wprowadza w obieg nowe określenie: front modernizacyjny.
– To określenie [Jacek Kuroń], użyte po raz pierwszy tuż po wyborach. Chodzi o współdziałanie różnych ugrupowań, które za najważniejsze uznają kontynuowanie reform rynkowych.
– A SLD chce je kontynuować?
– Bez głębokich zmian gospodarczych żadne reformy polityczne nie mają w Polsce szans, bo tylko dzięki reformom rynkowym powstaje klasa średnia – naturalna społeczna baza demokracji. Powstała już dość liczna – 15-20 proc. – grupa ludzi, którzy skorzystali na przekształceniach własnościowych. To są – używając języka Marksowskiego – drobni posiadacze środków produkcji. Po drugiej stronie stoją pracownicy sfery budżetowej, renciści, emeryci, pracownicy wielkich zakładów państwowych, którzy z nieufnością, a nawet wrogością obserwują te zmiany. Dziś zahamowanie przemian, na przykład własnościowych, będzie oznaczać ustępstwa wobec wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, która prywatyzację nazywa wyprzedażą majątku narodowego. Polskie reformy są dziś na rozdrożu.

         I jeszcze jeden fragment. Tym razem towarzyszyć nam będzie słynna piosenki Kamana i Miki Mausoleum ze smutną frazą: „brytyjscy górnicy nie mieli już sił/bo walka z polskim węglem to niełatwa sprawa/ żelazna lady zaciera ręce/śląskie pierony są uparte w pracy”. Czyli wkraczamy w obszar realizmu, Generała i strategii politycznej dla tworu partyjnego wyrosłego z PRL-u w  czasach postransformacyjnej smuty. Może to również stanowić krótki kurs dla młodych lewicowych działaczy, którzy pukają do bram głównonurtowej polityki – „Jak w procesie tworzenia fundamentów projektu socjaldemokratycznego unikać błędu wspierania doraźnie przegranych, przy okazji tworząc dobre warunki dla dobrobytu klasy średniej”. Współcześnie można na to zdobyć grant, albo pisać o tym w liberalnych mediach:

 Nie wolno nam popełnić błędu brytyjskiej [Partia Pracy, Wielka Brytania], która w sposób zdecydowany przeciwstawiła się w latach siedemdziesiątych thatcherowskiej polityce restrukturyzacji wielkiego przemysłu hutniczego, wydobywczego i przetwórczego. Laburzyści postawili na ludzi, którzy doraźnie przegrywali z powodu reform, a tymczasem polityka konserwatystów przyniosła korzystne efekty. Elektorat laburzystów rozpłynął się – jego umiarkowana część znalazła sobie miejsce w nowej rzeczywistości, np. w sferze usług, a dla radykałów Partia Pracy okazała się i tak za mało radykalna. Myślę, że w Polsce Unia Pracy stawia na elektorat doraźnie przegrany. Cel, który SLD powinien sobie postawić, to robić wszystko, by utrzymać przez najbliższe kilka lat 5-procentowy przyrost dochodu narodowego. Potem nawet przegrajmy wybory, ale zostawmy po sobie gospodarkę i klasę średnią – materialnie zainteresowaną istnieniem ustroju demokratycznego. Jeśli tak się stanie, socjaldemokracja zawsze znajdzie dla siebie miejsce na scenie politycznej i zawsze będzie politycznie atrakcyjnym partnerem.

 

Precyzyjna odpowiedź na pytanie, skąd wzięła się wielka miłość „postkomuchów” do tak zwanego neoliberalizmu. Wiadomo, szkoła realizmu Generała-komunisty, który za nic miał międzynarodowy sojusz robotniczy (hehe), ale dużo myślał o Polsce i dbał o lokalne interesy, co zmuszało do pewnych społecznych ograniczeń wewnątrz kraju, a później wymusiło wiadome przemiany oraz leżąca u podstaw wszystkich działań politycznych troska dobrostan materialny formacji/środowiska. Kolejne pokolenie dość dobrze odrobiło lekcję. Wyrzuciliśmy, myśleli nowo narodzeni socjaldemokraci, na śmietnik historii wielkoprzemysłową klasę robotniczą, podważyliśmy sens samoorganizacji robotniczej i społecznej i dlatego teraz możemy (musimy!)  spokojnie przyklepać ze zwycięzcami z drugiej strony i zająć się rzeczami poważnymi, czyli robieniem interesów, bo w końcu front modernizacyjny, obrona demokracji itd. A jakiż to system pozwala robić najlepsze interesy po wyjściu z mroków etatyzmu i powszechnej własności państwowej, jakie zasady organizacji społeczeństwa premiują rzutkich, elastycznych i doświadczonych weteranów iluś tam szczebli organizacji partyjno-rządowej? Wiadomo o co chodzi, ale jest jeszcze jedna rzecz, bardziej ideowa. To nie tylko ten mityczny realizm polityczny jako szkoła myślenia o politycznej praktyce (nauka wyzyskania momentu i zdobycia przewagi, koniunkturalne posunięcia na drodze do osiągnięcia celu), ale silny związek ideologiczny, który zakłada przyjęcie pewnych rozwiązań jako swoich. Z przyczyn nazwijmy to uczuciowo-sentymentalnych a nie tylko tych czysto koniunkturalnych. Tak skończyli wychowankowie marksizmu-leninizmu epoki Gierka, którzy później wybierali pozycje socjaldemokratyczno-thatcherystowskie. Jak skończą współcześni wychowankowie szkół promujących turbokapitalizm i darwinizm społeczny w duchu Żelaznej Damy?

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *