Hieny na start. O zawodowych pisarzach postkolonialnych

Zawodowy pisarz podejmujący temat obyczajów, kultury tubylczej, świadomości narodowej i historii zapomnianych regionów osiąga, w przeciwieństwie do tych, którzy nie nadążyli za duchem czasu, cele zapisane w statutach instytucji, które wyzyskują granty, zdobywają uznanie, nagrody. Ten swoisty sukces nie oznacza tryumfalizmu. Wypada pomarudzić, ponarzekać, pochylić się nad smętnym losem obcych, innych, wykluczonych. Zasadnicza różnica między zawodowstwem a porażką opiera się w tym przypadku na poziomie emocjonalnego wzmożenia, rozbiegania wzroku i frazy. Należy być nadaktywnym w słowie drukowanym – bezczelnie rozbuchanym, podobnie w reporterskim czynie, gdzie bebechy wiszą nad klawiaturą. Rumiany i pucułowaty bohater trzyma ściśle lejce dyskursu i języka, bo to oznaka zdrowia i talentów. Statut skreślony ręką wrażliwą społecznie musi stać się ciałem literackiego zaangażowania. Konstrukcja zbudowana jest na krwi, żółci, plwocinach Polaka, który z nożem w zębach gromi Żyda, Niemca, albo dostaje po dupie i ucieka skowycząc. Wtedy jest nawet ciekawiej.

         Rosjanie wytworzyli mgłę, to sprawa wiadoma. Zawodowy pisarz postkolonialny wypowiada te słowa śmiało, z hardością, lubi prowokacje. Nie wiemy, czy spotkał się z osobnikami, którzy w tym zakresie przecierali szlak, z zacięciem na twarzach i obłędem w oczach przedzierając się w trudnym otoczeniu. A powtarzali oni: Hipoteza zamachu urasta dziś do rangi najbardziej prawdopodobnego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej.  Wkracza ten nasz pisarz w ostępy, gdzie noszenie pod kurtką kiełbasy, browninga i bibuły wydaje się tak naturalne, jak wyroki śmierci orzekane wobec zdrajców. Doły z wapnem, mroczne dusze dzikich i występnych tutejszych. Potrzebne są jednak nowe miary, przymiotniki, wizje, bo przestrzeń Syberii, Kazachstanu, ziemi niczyjej z truchłami przodków upstrzone wysepkami Gułagu, współczesnych obozów pracy, opuszczonych miast i bandyckich stanic pozostaje nadal nieprzenikniona. Podobnie jak i Polska. W raz z toczącą się po podłodze butelką samogonu coraz bełkotliwiej wirują: Historia, męka, strach i wschodnio-europejska popkultura. A do tego mamy wesoły ludek, peryferie z dyskotekami, lud bogobojny, kolorowy i zahukany, pomniki wiary i miejsca kultu. Tyle literackich atrakcji, takie morze możliwości.

         Z okazji rocznicy wiadomej katastrofy, ale także innych rocznic ku czci zamordowanych, pomordowanych, wypędzonych, zagłodzonych, wywiezionych pisarz wschodnioeuropejski z inklinacjami postkolonialnymi może wyrzucić: Załatwili całą zgraję z finezją czekistowskich oprawców i stachanowską bezdusznością. (…) Ten roboci sznyt dobrze odpowiada tradycji wielkich budów, planów i zagospodarowanej niewoli. Wszyscy wtajemniczeni chcieli w tym widzieć ideowość pionierów, nawet pewną niewinność tamtego zaangażowania z początku rewolucji. Jaką scenę przedstawić, jakiej fantazji użyć, jakie dziwactwa ze strony wschodnich kompanów można przedstawić, jak odpowiedzieć mają prześladowani Polacy, co z prostym ludem? Nasz pisarz znajduje odpowiedź w metaprzestrzeniach swojej wyobraźni: Niektórzy odbili przy tej okazji denka butelek, inni odmówili przyłożenia ust do kieliszków. Tylko zagryzka została zjedzona bez problemów. Głód doskwierał bowiem od rana, nieświeży zapach unosi się z ust razem z modlitwą i przekleństwami na chłód, wilgoć i poniewierkę.

 

         Polska, Polska, Polska, niesie się wśród pół, łąk i poprzez małe miasteczka, niedomiasta dociera na salony kilku metropolii. Dojmująca jest odraza z jaką się to przyjmuje, dreszcz przechodzi po wypielęgnowanych grzbietach wielkomiejskich i kulturalnych. Echa starej, mocarnej, imperialnej Rzeczypospolitej nie dają spać. Historia Polski zdobywczej i mocarstwowej wbija się w źrenicę. Odczuwamy przez skórę kibolstwo, chamstwo zmiksowane z chłopską mentalnością, czarnosecinne dusze, choć jednak white power dominuje i tłoczy w żyłach krew bohaterską, polską. Ale bohaterstwo to wyraża się w okradaniu ze złota ciał zamordowanych Żydów. Klerykalny zaduch w natężeniu zawstydzającym nawet co bardziej kulturalnych katolików. Kulturowa awangarda może się wyżyć, ma tyle miejsca na finezyjne żarty, ale cierpi i wyje z niedocenienia, bo prześladowania doskwierają. Mały kapitalizm na prowincji, codzienne starania napędzane telewizją i reklamami, ludowość upstrzona tipsami, pan ksiądz na plebani. Na deser mamy figury, pomniki, postumenty Świętej Rodziny (ciągle brakuje oddechu krytycznej krytyki) i świętej własności prywatnej.

         Zadanie domowe: Jak skutecznie wywołać skandal, zdobyć poklask w kółkach, środowiskach i wykazać się  umiejętnością panowania nad językiem? To proste, odpowiada pisarz i z pracowitością mróweczki zaczernia kartkę papieru: Polska –srolska, Smoleńsk-sroleńsk. Tupolew-tupolacy-trupolacy, true-polacy. Maluczcy, kandydaci, beniaminkowie starają się nadążyć i też próbują. Nad powierzchnią naszych codziennych spraw i gonitw w realiach coraz bardziej nieżyczliwego rynku unosi się cień trupolewa, który przypomina rozkrzyżowanego polaczka-prostaczka. Różoukrzyżowanie byłoby w tym przypadku zbyt elitarystyczne, zbyt nieprzystające do wizerunku zawstydzonego, pozbawionego poczucia własnej wartości chłopka, dziewoi, pacholęcia z polskiej prowincji. Proste, zbite kawałki  brzozy, gwoździe oczywiście zardzewiałe, to cieszy. W Polsce, czyli nigdzie. I tak dalej, dalej i mocniej… Zapomniany cmentarz choleryczny na przedmieściach, pod lasem. Blisko cmentarz żydowski pochłonięty chaszczami, pokonany przez świat roślin, wchłonięty przez dogorywające tuż obok śmietnisko. Maszyny wjechały i wyrównały całość, bezpieczeństwo ekologiczne i zdrowie mieszkańców zostało zagwarantowane. Zasypano wapnem, piachem, góra śmieci uleżała się i skurczyła wewnętrznie. Taka wizja wydaje się twórcom najbardziej ponętna, zachęca do pracy i posyłania tekstów do zaprzyjaźnionych redakcji. Autorzy zastanawiają się jak najsprytniej opisać dziurę w ziemi po Polsce.

         Biedny Bursa ze swoim analnym stosunkiem do małych miasteczek powinien chyba czuć się zawstydzony. Poeta przeklęty został pokonany a jego radykalizm zneutralizowany. Już nie trzeba mieć w dupie prowincjonalnych miast i wsi, można je wyzyskać, paść się na ich zdegenerowaniu. W mazowieckich, podkarpackich, podlaskich niedomiastach, wszędzie tam gdzie, kurz pył i gnój miesza się z bogobojnością, siedzi jak wiadomo bies nudy, tandety i zbrodni, a zawodowi pisarze postkolonialni właśnie wbiegają na stadion, robią dwa okrążenia i srają przed metą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *